filologia rosyjska

Wielu pracodawców uważa, że znajomość jednego, dwóch, a nawet trzech języków obcych to nie jest jakieś szczególne osiągnięcie. Dwóch przecież uczymy się jeszcze w szkole, potem lektorat na studiach, trochę prywatnych konwersacji i już, gotowe. Dlaczego ktokolwiek miałby płacić za to jakieś dodatkowe pieniądze? Na wielu stanowiskach język jest wręcz wymogiem i nie przysługują za niego gratyfikacje finansowe. Stawki, jakie oferuje się specjalistom, którzy posiadają dyplom ukończenia studiów językowych nie wywołują efektu “wow”. To po co w takim razie te studia? Czy opłaca się kończyć filologię? I czego w ogóle można się na tym kierunku nauczyć?

Dzisiaj chciałaby porozmawiać z Wami o tym, co dały mi studia językowe. Czy z perspektywy czasu zdecydowałabym się ponownie na ten kierunek? Jeśli śledzicie mnie już trochę, to zapewne już wiecie, że uwielbiam podróże w czasie. Cofnijmy się więc parę, a w sumie nawet paręnaście lat wstecz.

Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce. Gdy koleżanki skakały w gumę i organizowały wycieczki do pierwszego gorzowskiego centrum handlowego, ja siedziałam zawinięta w koc – obowiązkowo plecami do ściany – i po raz enty pochłaniałam Psa Baskerville’ów. Gdy powieść dobiegała końca, wlokłam się do sąsiedniego pomieszczenia i zmuszałam tatę do przywoływania z pamięci kolejnych historii o mrożących krew w żyłach przygodach słynnych detektywów.

Największe emocje wywoływały we mnie – i nadal wywołują – literackie duety. Stąd też się wziął pomysł na stworzenie marki Wing Person – Twoja dodatkowa para skrzydeł.

W poszukiwaniu własnego celu

team work

Odkąd pamiętam, intrygowała mnie więź, łącząca głównego bohatera i jego pomocnika. Marzyłam o pracy z kimś, z kim będę tworzyć podobną relację. Opartą na współpracy. Na zaufaniu. Na wspólnym pokonywaniu przeszkód. A co pomaga w przełamywaniu barier lepiej niż język i komunikacja?

Taką też obrałam ścieżkę – filologię rosyjską i dziennikarstwo. Po to, by budować relacje. Relacje oparte na słowie. W głowie miałam cały plan. Praca w radiu. Kariera tłumacza w wydawnictwie. Pękaty regał pełen książek z moim nazwiskiem na pierwszej stronie. Koniecznie podwójnym.

Oczywiście, nie myślcie, że to wszystko wymyśliłam sobie już w podstawówce. Ale ogólny zarys był. Książki i język. Reszta miała wyjść w tak zwanym praniu 😉

W tamtych czasach szerzyłam pogląd, że jak mi te życiowe plany nie wypalą to w razie czego zawsze mogę sprzedawać bransoletki z muliny. Na szczęście okazało się, że mam do tego nie tylko jedną, ale wręcz dwie lewe ręce, więc musiałam jednak przyłożyć się do nauki języka. Ano właśnie.

Książki i język. Tylko który? Tak naprawdę o mojej świetlanej przyszłości zadecydowała trochę droga eliminacji. Angielski odpadł na starcie, wszyscy wtedy wybierali ten język, a ja lubiłam iść pod prąd. I nie przepadałam za konkurencją.

W gimnazjum miałam trzyletni epizod z francuskim, ale niestety była to jednostronna l’amour i do tej pory w głowie pozostały mi tylko dwa wyrażenia, czyli je nais sais pas i je nais comprend pas oraz słowa pewnej znanej piosenki. Wybór pozostał zatem niewielki. A że odkąd pamiętam fascynowały mnie krzesełka i krzaczki, jak zwykła na cyrylicę mówić moja siostra, postawiłam wszystkie karty na rosyjski.

Da! Czyli język dla masochistów

Kiedy zdecydowałam się na studia filologiczne, nie wiedziałam na co się porywam. Nie miałam pojęcia czy się w tym sprawdzę i czy będzie mi to sprawiało frajdę. Po kilu tygodniach miałam pewne wyobrażenie, ale dopiero po pierwszym semestrze byłam już w stanie realnie ocenić, z czym to się je. Dwa wnioski:

a) Naprawdę uwielbiam ten język i jego nauka sprawia mi ogromną frajdę.

b) Te studia są dla masochistów.

Bo mało kto zdaje sobie sprawę, że praktyczna nauka języka to zaledwie około pięciu godzin w tygodniu, czyli jakieś 20% programu studiów. A oprócz tego cała galeria innych, jakże przydatnych życiowo przedmiotów: historia literatury, historia Rosji, gramatyka opisowa, gramatyka historyczna, łacina, staro-cerkiewno-słowiański, i inne tego typu perełki.

Długie godziny spędzałam zatem nie na konwersacjach, nie na szlifowaniu akcentu i czytaniu dla przyjemności kryminałów Borysa Akunina, a na zapamiętywaniu imion wszystkich książąt, którzy brali udział w rozbiciu dzielnicowym Rusi Kijowskiej od XI do XV wieku. Co było skrajnie bez sensu, bo i tak w efekcie wszyscy wyrżnęli się nawzajem. A te niedobitki, którym udało się pozostać przy życiu, trafiły do niewoli tatarskiej.

Tak samo historia literatury. Książki. O to mi przecież chodziło. Ale nawet one potrafią człowiekowi zbrzydnąć, kiedy z tygodnia na tydzień musisz przeczytać wszystkie dzieła Puszkina w oryginale. Albo 1600 stron Wojny i Pokoju. I to nie tylko przeczytać, ale pamiętać, że podczas przejażdżki karocą z Onieginem, Tatiana mała na głowie malinowy toczek.

Czego zatem nauczyły mnie studia językowe?

nauka języka

Owszem, potrafię w błyskawicznym tempie nauczyć się kilkudziesięciu pojęć i znam nazwiska wszystkich kochanków Anny Achmatowej. Wiem, co to jest palatalizacja wsteczna i jak parę wieków temu pisano słowo „krowa”.

Czego mnie natomiast nie nauczyły, to tego, jak odnaleźć się na rynku pracy. Jak doceniać siebie i realnie określać swoją wartość. Jak myśleć kreatywnie i poza schematem. Jak wychodzić z inicjatywą. I, paradoksalnie, jak radzić sobie z blokadą językową i brakiem pewności siebie.

Ale tego wszystkiego, na szczęście, nauczyło mnie życie.

Żeby sobie jeszcze dokopać, w trakcie filologii zaczęłam studia dziennikarskie. Wynalazłam na nich kierunek creative writing, ale szybko okazało się, że nie jestem wystarczająco creative. Porzuciłam więc pióro i chwyciłam w dłoń mikrofon. Umiem nawet włączyć kamerę, serio, serio.

Filologia czy lektorat – czego Ci potrzeba?

studia językowe

Oczywiście, celowo trochę tutaj koloryzuję. Bo nie ukrywam, że właśnie dzięki filologii nauczyłam się czuć język. Dostrzegać jego duszę i rozumieć strukturę. Nie tylko znać słowa, ale wiedzieć, skąd się wzięły i dlaczego wymawia się je tak a nie inaczej. Bawić się nimi, żonglować i wyszukiwać coraz to nowych znaczeń. Dostrzegać piękno języka i chcieć dzielić się nim z innymi. Pytanie, na ile faktycznie taka wiedza jest Ci potrzebna w codziennej pracy, o ile oczywiście nie zamierzasz, tak jak ja, zostać tłumaczem.

Dlatego jeżeli myślisz o studiach językowych, zastanów się najpierw, do czego jest Ci ten język potrzebny. Bo oprócz zajęć praktycznych, które w równym stopniu, a nawet z nawiązką zrekompensuje Ci kilka semestrów lektoratu lub zajęć w szkole językowej, będziesz musiał przetrwać też gros innych przedmiotów, które z praktyką niewiele mają wspólnego.

To, co na pewno wyciągnęłam dla siebie to:

  • systematyczność, samodyscyplina, zamiłowanie do szczegółów,
  • czytanie ogromnej liczby książek w bardzo krótkim czasie,
  • zwracanie uwagi na szczegóły i, co tu dużo mówić, zakuwanie ich na pamięć,
  • mnóstwo wiedzy ogólnej – prawo, prawo autorskie, ekonomia, filozofia, bankowość, medycyna – specyfika branży tłumaczeniowej wymaga od Ciebie ogromnego wkładu, przygotowania merytorycznego z najróżniejszych dziedzin.

A jeśli pokusisz się o tytuł tłumacza przysięgłego… to już zupełnie inny poziom wtajemniczenia. Ta przygoda wciąż jest jeszcze przede mną, ale z przyjemnością zdradzę Ci parę szczegółów w tym temacie, których dowiedziałam się podczas studiów podyplomowych z praktyki przekładu.

Czy zrobiłabym to ponownie?

czego nauczyłam się na studiach

Tylko tyle i aż tyle dały mi studia tłumaczeniowe. Czy zdecydowałabym się na nie ponownie? Pewnie tak! Ale ze mnie po prostu jest beznadziejny przypadek. Mój romans z rosyjskim jest już prawie pełnoletni, bo w tym roku stuknie mu 18 lat. Jedyne czego żałuję, to że tak późno poszłam na drugi kierunek. Ale, z drugiej strony, gdybym nie przetrwała najpierw trzech lat rosyjskiej musztry, nie byłabym potem taka skuteczna w uczeniu się nowych rzeczy i rozkładaniu ich na czynniki pierwsze. Te studia kształtują charakter, bez dwóch zdań.

A gdzie faktycznie można pracować z językiem i jak wiele możliwości otwiera przed Tobą jego znajomość opowiadałam w drugim odcinku podcastu, polecam Ci go serdecznie. Czy poleciłabym komuś studia językowe? Tłumaczom? Zdecydowanie. Pasjonatom i masochistom – na pewno. Nauczysz się dyscypliny, systematyczności i tylu szczegółów, że nie zabraknie Ci tematów do rozmów na długie lata.

Ale jeśli nie masz sprecyzowanego pomysłu na siebie, zastanów się nad tym, żeby faktycznie mieć oprócz języka jakiś plan b. Drugą specjalizację, która pozwoli Ci łączyć znajomość języka z solidną wiedzą branżową w jakiejś dziedzinie. I pamiętaj, nie pozwól sobie na zaniżanie stawki, bo to tylko język. Gdyby to faktycznie był tylko język, każdy z nas by go umiał. Doceniaj swoje umiejętności, doceniaj czas, który poświęciłeś, żeby je zdobyć.

A jeśli mimo wszystko marzysz o studiach językowych, daj znać. Może masz jakieś pytania? Chętnie Ci na nie odpowiem! Wiesz, gdzie mnie znaleźć! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *